
20-latka wróciła właśnie z prestiżowego Heineken Amsterdam Sevens, który uchodzi za największy turniej siedmioosobowego rugby na świecie. - Rywalki strasznie z nami pojechały - uśmiecha się Ania na wspomnienie zawodów. Polska reprezentacja kobiet w siedmioosobowym rugby (bardziej prestiżowa jest odmiana, w której rywalizują piętnastoosobowe składy) to według rankingu światowa trzecia liga, czyli trzecia dziesiątka.
W naszym regionie dziewczyny uganiają się za jajowatą piłką w Rudzie Śląskiej. Z Anią spotykam się na zarośniętym chwastami, nierównym boisku zespołu szkół przy ulicy Orzegowskiej.
- Tu trenujemy. Na zajęcia regularnie przychodzi około dziesięciu dziewczyn. To bardzo mało. Czasami, jak którejś z nas coś wypadnie, to nie ma szans na normalny trening, że o sparingach nie wspomnę. Szukamy chętnych do drużyny, ale łatwo nie jest. Dziewczyny, nie bójcie się! To świetny sport. Trenuje z nami nawet 11-latka - uśmiecha się rugbistka.
Ania zachęca mnie do rzucenia piłką. - Podajemy tylko do tyłu - instruuje. Po jej pierwszym rzucie łapię piłkę bez problemów. Po drugim - już podkręconym - piłka skacze mi w dłoniach jak gorący ziemniak. - Takie podanie jest szybsze - wyjaśnia.
Na pierwsze zajęcia rudzkich "Diablic" Ania, studentka Wyższej Szkoły Bankowej, przyszła ponad rok temu. - Wcześniej biegałam przełaje, grałam w koszykówkę, siatkówkę. Na początku nie rozumiałam nic. Zero pojęcia o przepisach. Koleżanki trenowały wtedy "szarże", czyli powstrzymywanie rozpędzonego rywala. Spodobało mi się. Po dwóch tygodniach pojechałam już na zawody. Dalej byłam "zielona", ale wciągałam się, coraz mocniej - wspomina.
- Anka to sportowe zwierzę. Niezwykle szybko łapie to, na co inni potrzebują wielu tygodni - chwali zawodniczkę klubowy trener Aleksander Oleszczuk.
Rodzina rugbistki protestowała. Najgłośniej mama. "Kiedy ci się to znudzi dziecko? Nie ma innych sportów?" - dopytywała się Elżbieta Szkudlarek.
Gdy jednak Ania otrzymała pierwsze powołanie do reprezentacji Polski, najbliżsi zaczęli inaczej patrzeć na jej pasję. Niestety, podczas zgrupowania kadry Szkudlarek złamała rękę.
- Gdy na treningach ćwiczyliśmy bezpieczne upadki, w duchu powtarzałam sobie "Jakie to nudne. Po co?". No to życie dało mi odpowiedź. Ręka strzeliła, a ja nawet nie zadzwoniłam do domu. Po powrocie, widząc mnie z opatrunkiem na ręce, mama trochę się złościła. Nie o złamanie, tylko o to, że nic o nim nie powiedziałam - mówi.
Podczas turnieju w Holandii Ania grała ze specjalnym stabilizatorem na prawej ręce. - To był inny świat. Najlepsze drużyny rywalizują na poziomie, o jakim my możemy tylko pomarzyć. Holenderki zlały nas 53:0. Portugalki 38:0. Jak one grały! Jak szybko! Jak składnie! Znakomite drużyny - emocjonuje się rugbistka.
Nasze dziewczyny zeszły z boiska z podniesionymi głowami dopiero wtedy, gdy zagrały z klubową drużyną z Niemiec oraz reprezentacją Norwegii.
- Brakuje dziewczyn, brakuje drużyn. O mistrzostwo Polski rywalizuje tylko dziewięć klubów. Słaba rywalizacja nie sprzyja podnoszeniu poziomu - mówi Oleszczuk.
Niestety, Szkudlarek ma też z wyjazdu złe wspomnienia. - Po mojej szarży koleżanka złamała nogę. I to w dwóch miejscach. Złapałam rywalkę i razem upadłyśmy na Dorotkę Filipek. Strasznie cierpiała. Mam nadzieję, że szybko wróci na boisko - podkreśla.
Ania gra bez ochraniaczy. Proszę ją żeby, chociaż założyła ochraniacz na zęby, bo żal byłoby tego pięknego uśmiechu. - Pomyślę o tym. Ochraniaczy na ciało nie używam, bo krępują ruchy - wyjaśnia.
Po turnieju w Holandii dostała powołanie na zgrupowanie przed czerwcowymi mistrzostwami Europy na Węgrzech. Szanse na reprezentowanie Polski ma też kolejna rudzianka Patrycja Bober, która zresztą namówiła Anię do trenowania rugby.
- Obie jesteśmy uzależniony od rugby i... słodyczy. Uwielbiamy żelki! Podczas zgrupowania kadry zmieniamy się jednak w grzeczne dziewczynki i jemy przede wszystkim kurczaka z ryżem - śmieje się.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice